A z wier­szy na­pisa­nych chy­ba ten nie um­rze, co nie bał się stać prawdą lub stał się muzyką.


a z wier­szy-na­pisa­nych-chy­ba-ten-nie um­rze-co nie bał ę-stać-prawdą-lub-stał ę-muzyką
jan twardowskia z wier­szyna­pisa­nychchy­batennie um­rzeco nie bał sięstaćprawdąlubstał sięmuzykąa z wier­szy na­pisa­nychna­pisa­nych chy­bachy­ba tenten nie um­rzeco nie bał się staćstać prawdąprawdą lublub stał sięstał się muzykąa z wier­szy na­pisa­nych chy­bana­pisa­nych chy­ba tenchy­ba ten nie um­rzeco nie bał się stać prawdąstać prawdą lubprawdą lub stał sięlub stał się muzykąa z wier­szy na­pisa­nych chy­ba tenna­pisa­nych chy­ba ten nie um­rzeco nie bał się stać prawdą lubstać prawdą lub stał sięprawdą lub stał się muzykąa z wier­szy na­pisa­nych chy­ba ten nie um­rzeco nie bał się stać prawdą lub stał sięstać prawdą lub stał się muzyką

A z wierszy napisanych chyba ten nie umrze, co nie bał się stać prawdą lub stał się muzyką.Wy­dawałoby się Że śmierć jest już blisko Wiatr roz­wiewa po­la zbóż Kru­ki la­tają bar­dzo nisko Droga Która nig­dy się nie kończy Jest po­nuro i strasznie Gwiazd nie wi­dać już dawno Księżyc chy­ba za­raz zgaśnie Na­deszły Smutek Ciemność I przygnębienie Obok skra­dają się ciem­ne cienie Które za­kończą ten wiersz Na zawsze... Wier­sz na­pisa­ny w VI kla­sie pod­stawówki, ale mam do niego duży sentyment..Był w li­ceum je­den piszący wier­sze chłopak, z które­go wielu ko­legów drwiło […], więc wziąłem się za pi­sanie wier­szy, żeby przejąć na siebie połowę drwin i w ten sposób ulżyć mu w niedoli.Pot­rze­ba mi smut­nych twarzy, wie­cznie złama­nych serc i łza­wych oczu. Pot­rze­ba mi ludzi, którzy kocha­li, kochają al­bo już nie pot­ra­fią. Pot­rze­ba mi tych, którzy po­ruszają we mnie to, dzięki cze­mu ten płas­ki świat wy­daje się trochę głębszy. Pot­rze­ba mi cier­pienia, bólu mi pot­rze­ba, miłości ta­kiej na­miętnej i Ciebie. Bo bez Ciebie to mnie nie ma.Nie mu­siałam cię szu­kać Ojcze. Od zaw­sze no­siłeś mnie w ramionach jak małe dziec­ko. Trochę potulne, trochę nies­forne, niezdarne. Pro­wadziłeś za pa­lec jak przedszkolaka, ba­wiłeś kiedy płakałam po­kazując słońce. Pa­miętasz gdy po raz pier­wszy uj­rzałam tęczę? Cie­szy­liśmy się oboje, i na­wet te­raz kiedy przy­pomnę so­bie tam­ten dzień, uśmiech pow­ra­ca mi na twarzy. Zu­pełnie jak wte­dy gdy idę do ciebie widząc ot­warte dłonie. --- wier­sz z se­rii: w popłochu się chowam roz­rzu­cam się w słowa do niewypowiedzenia mam­roczę zdania li­tero­wane w zamęcie tych dziw­nych żądań od siebie Ja po stro­nie nieba ja po stro­nie piekła jest ciep­lej, co­raz cieplej chy­ba odpływam chy­ba wy­puszczam po­wiet­rze chwy­tam się dłońmi słońca lecz jest co­raz ciężej ucichło mo­je szkarłat­ne serce nie woła nie pro­si o więcej głębią oceaniczną jestem gra­natową lodowatą łuną niez­naną rybą nie wartą by ktoś łapał mnie na przynętę