Balansowała na gra­nicy życia i te­go co potocznie na­zywają Śmiercią jak za­wodo­wa ak­ro­bat­ka balansuje tuż pod szczytem ko­puły cyrku na linie... Hektolitry czer­wo­nego płynu przelane przez jej żyły niczym gorzkie wino by oca­lić ją przed tym co nieuniknione by nie odeszła zbyt wcześnie w prze­paść niebytu... Przeg­ra­li walkę... białe, lniane prześcieradło zak­ryło jej oczy przed kłamstwem, że po Tutaj nic nie ma... Ona zna już Prawdę jej us­ta szepcą ciche - Do zo­bacze­nia po dru­giej stronie 


balansowała-na-gra­nicy-życia-i-te­go-co potocznie-na­zywają-Śmiercią-jak-za­wodo­wa-ak­ro­bat­ka-balansuje-ż-pod-szczytem-ko­puły
uśmiechnięta anielicabalansowałanagra­nicyżyciate­goco potoczniena­zywająŚmierciąjakza­wodo­waak­ro­bat­kabalansujetużpodszczytemko­pułycyrkuliniehektolitryczer­wo­negopłynuprzelaneprzezjejżyłyniczymgorzkiewinobyoca­lićją przedtymconieuniknionenie odeszłazbytwcześnieprze­paśćniebytuprzeg­ra­liwalkębiałelnianeprześcieradłozak­ryłooczyprzedkłamstwemżepo tutajnicnie maonaznajużprawdęus­taszepcącichedo zo­bacze­niapo dru­giejstronie balansowała nana gra­nicygra­nicy życiażycia ii te­gote­go co potocznieco potocznie na­zywająna­zywają ŚmierciąŚmiercią jakjak za­wodo­waza­wodo­wa ak­ro­bat­kaak­ro­bat­ka balansujebalansuje tużtuż podpod szczytemszczytem ko­pułyko­puły cyrkucyrku nana linielinie hektolitryhektolitry czer­wo­negoczer­wo­nego płynupłynu przelaneprzelane przezprzez jejjej żyłyżyły niczymniczym gorzkiegorzkie winowino byby oca­lićoca­lić ją przedją przed tymtym coco nieuniknionenieuniknione byby nie odeszłanie odeszła zbytzbyt wcześniewcześnie ww prze­paśćprze­paść niebytuniebytu przeg­ra­liprzeg­ra­li walkęwalkę białelniane prześcieradłoprześcieradło zak­ryłozak­ryło jejjej oczyoczy przedprzed kłamstwemże po tutajpo tutaj nicnic nie manie ma onaona znazna jużjuż prawdęprawdę jejjej us­taus­ta szepcąszepcą cichecichedo zo­bacze­niado zo­bacze­nia po dru­giejpo dru­giej stronie balansowała na gra­nicyna gra­nicy życiagra­nicy życia iżycia i te­goi te­go co potoczniete­go co potocznie na­zywająco potocznie na­zywają Śmierciąna­zywają Śmiercią jakŚmiercią jak za­wodo­wajak za­wodo­wa ak­ro­bat­kaza­wodo­wa ak­ro­bat­ka balansujeak­ro­bat­ka balansuje tużbalansuje tuż podtuż pod szczytempod szczytem ko­pułyszczytem ko­puły cyrkuko­puły cyrku nacyrku na liniena linie hektolitrylinie hektolitry czer­wo­negohektolitry czer­wo­nego płynuczer­wo­nego płynu przelanepłynu przelane przezprzelane przez jejprzez jej żyłyjej żyły niczymżyły niczym gorzkieniczym gorzkie winogorzkie wino bywino by oca­lićby oca­lić ją przedoca­lić ją przed tymją przed tym cotym co nieuniknioneco nieuniknione bynieuniknione by nie odeszłaby nie odeszła zbytnie odeszła zbyt wcześniezbyt wcześnie wwcześnie w prze­paśćw prze­paść niebytuprze­paść niebytu przeg­ra­liniebytu przeg­ra­li walkęprzeg­ra­li walkę białelniane prześcieradło zak­ryłoprześcieradło zak­ryło jejzak­ryło jej oczyjej oczy przedoczy przed kłamstwemże po tutaj nicpo tutaj nic nie manic nie ma onanie ma ona znaona zna jużzna już prawdęjuż prawdę jejprawdę jej us­tajej us­ta szepcąus­ta szepcą cicheszepcą cichedo zo­bacze­nia po dru­giejdo zo­bacze­nia po dru­giej stronie 

Nie mów ko­biecie, że jest piękna; po­wiedz jej, że nie ma ta­kiej dru­giej jak ona, a ot­worzą się przed tobą wszys­tkie drzwi.gdy nie miałem domu ona przyjęła mnie pod swój dach. objęła mnie i niczym ptak scho­wała w swoich skrzydłach. ot­worzyła prze­de mną świąty­nię swoich ud, og­rzała ciepłem swoich ra­mion i piersi. dała mi schro­nienie przed burzą i zos­tała moją ostoją, a jej od­dech przy uchu wniknął we mnie na zawsze. Już zna­lazłem dom, ona nim jest.Im bar­dziej się od siebie od­da­laliśmy, tym roz­paczli­wiej sta­rałem się oca­lić to, co nas kiedyś łączyło, lecz niczym w błędnym ko­le, mo­ja des­pe­rac­ja po­wodo­wała, ze prze­paść między na­mi sta­wała się jeszcze większa.Mo­ja zna­joma jest kuchar­ka i po­wiada, ze z jej doświad­cze­nia wy­nika, iż Zab­rał jej sen z powiek, ciepły po­ranek bliżej południa. Skra­dał jej po kawałku noc­ne, zam­glo­ne ga­tun­ki epiki. I tak się kłaniał przed nią, gdy świado­mość powracała, w geście ab­so­lut­ne­go oddania. Wszys­tko było chwilą. Gdy oczy zielo­ne otwierała, gdy pod­no­siła dłoń by złapać dotyk on po pościeli dru­gi już raz się skradał. To było proste, sche­mat po­ranków zakochanych. Le­kar­stwo na czczo z sa­mego rana.Zas­ta­nawiam się po co uk­ry­wać uczu­cia przed kimś ko­go