Czer­wo­ne jas­kra­we słońce zasypia... Na śnieżnym horyzoncie po­woli, roz­kosznie so­bie dogasa... Stoję przed lus­trem, sama, ro­zeb­ra­na w górę od pasa i przyglądam się półna­giej sobie. Marzę o tym abym nie była tyl­ko ja, ale my dwie, obie, które na śnieżnym horyzoncie w gorącej na­miętności, jak ono... usną sobie...


czer­wo­ne-jas­kra­we-słoń-zasypia-na-śnieżnym-horyzoncie-po­woli-roz­kosznie-so­bie-dogasa-stoję-przed-lus­trem-sama
angelique crueltyczer­wo­nejas­kra­wesłońcezasypianaśnieżnymhoryzonciepo­woliroz­kosznieso­biedogasastojęprzedlus­tremsamaro­zeb­ra­naw góręod pasaprzyglądam siępółna­giejsobiemarzęo tymabymnie byłatyl­kojaalemy dwieobiektórena śnieżnymgorącejna­miętnościjak onousną sobieczer­wo­ne jas­kra­wejas­kra­we słońcesłońce zasypiazasypia nana śnieżnymśnieżnym horyzonciehoryzoncie po­woliroz­kosznie so­bieso­bie dogasadogasa stojęstoję przedprzed lus­tremro­zeb­ra­na w góręw górę od pasaod pasa ii przyglądam sięprzyglądam się półna­giejpółna­giej sobiemarzę o tymo tym abymabym nie byłanie była tyl­kotyl­ko jaale my dwiektóre na śnieżnymna śnieżnym horyzonciehoryzoncie ww gorącejgorącej na­miętnościjak ono usną sobieczer­wo­ne jas­kra­we słońcejas­kra­we słońce zasypiasłońce zasypia nazasypia na śnieżnymna śnieżnym horyzoncieśnieżnym horyzoncie po­woliroz­kosznie so­bie dogasaso­bie dogasa stojędogasa stoję przedstoję przed lus­tremro­zeb­ra­na w górę od pasaw górę od pasa iod pasa i przyglądam sięi przyglądam się półna­giejprzyglądam się półna­giej sobiemarzę o tym abymo tym abym nie byłaabym nie była tyl­konie była tyl­ko jaktóre na śnieżnym horyzonciena śnieżnym horyzoncie whoryzoncie w gorącejw gorącej na­miętności

Nie roz­wiązuj swoich prob­lemów przed lus­trem. W tym przy­pad­ku co dwie głowy to na­dal jed­na. Z cyk­lu po­wieści Przy­jechała czes­ka karuzela na sta­rej stacji się rozbija Już łabędzie jak pożółkłe zęby umoczo­ne w ka­wie placu przykręcają w jas­kra­wego słonecznym blasku Star­szy pan o lasce trzęsąc się jak galareta patrzy chrys­tu­sowym miłosierdziem na roz­jecha­nego jeża Chłopiec z czer­wo­nym karabinem za­moczo­nym w dziecięcych zbrodniach jak ter­mi­nator patrzy Na weekend ma­jowy otworzą to zlecą się dzieciaki wpadnę i ja z notatnikiem pochwy­cić jas­kra­we obrazy.Myślę o To­bie w ko­lorach, które nie is­tnieją... Myślę o Nas słowa­mi Ra­dości pi­sany­mi Nadzieją... Niep­rze­jed­na­ne jest ser­ce co tak moc­no kocha, upar­te w Miłości... mo­je bi­je moc­no w Twoich ciepłych dłoniach... siedząc nap­rze­ciw Wo­jow­ni­ka Wil­czy­ca z zaufa­niem Mu się od­da­je- dwie Siły przy sobie, tak wo­bec siebie ot­warte, tak kochające, tak pochłonięte uczu­ciem i w nim tak roz­kosznie bezradne...Siedząc pod gołym niebem, wśród czer­ni nocy, Myślę o To­bie i o Twych us­tach co mój umysł mroczy. Myśląc o tym na­suwa się py­tanie czy abym była tą je­dyną wśród ty­lu panien? Mo­je osa­mot­nienie ... wilk na śnieżnym pus­tko­wiu ... niekończące się wy­cie ...Mądrość sama sobie nie ufa, głupota sama sobie udziela kredytu bez granic.