Dos­trze­gam ko­bietę w sta­rej kamienicy, Jej oczy smut­ne ut­kwione w pełne fiole­towych bzów ulice. Wygląda tak jak­by cze­kała na ko­goś ale chy­ba wie, że on nig­dy nie przyjdzie. Z jej pus­tych oczu, po por­ce­lano­wej cerze up­strzo­nej bólem, lecą łzy dop­ra­wione tęsknotą. Wiesz kto to taki? To sa­mot­ność - cicha śmierć.


dos­trze­gam-ko­bietę-w sta­rej-kamienicy-jej-oczy-smut­ne-ut­kwione-w pełne-fiole­towych-bzów-ulice-wygląda-tak-jak­by-cze­kała
angel des penseursdos­trze­gamko­bietęw sta­rejkamienicyjejoczysmut­neut­kwionew pełnefiole­towychbzówulicewyglądatakjak­bycze­kałana ko­gośalechy­bawieże on nig­dynie przyjdziejejpus­tychoczupo por­ce­lano­wejcerzeup­strzo­nejbólemlecąłzydop­ra­wionetęsknotąwieszktoto takitosa­mot­ność cichaśmierćdos­trze­gam ko­bietęko­bietę w sta­rejw sta­rej kamienicyjej oczyoczy smut­nesmut­ne ut­kwioneut­kwione w pełnew pełne fiole­towychfiole­towych bzówbzów ulicewygląda taktak jak­byjak­by cze­kałacze­kała na ko­gośna ko­goś aleale chy­bachy­ba wieże on nig­dy nie przyjdziez jejjej pus­tychpus­tych oczupo por­ce­lano­wej cerzecerze up­strzo­nejup­strzo­nej bólemlecą łzyłzy dop­ra­wionedop­ra­wione tęsknotąwiesz ktokto to taki cicha śmierćdos­trze­gam ko­bietę w sta­rejko­bietę w sta­rej kamienicyjej oczy smut­neoczy smut­ne ut­kwionesmut­ne ut­kwione w pełneut­kwione w pełne fiole­towychw pełne fiole­towych bzówfiole­towych bzów ulicewygląda tak jak­bytak jak­by cze­kałajak­by cze­kała na ko­goścze­kała na ko­goś alena ko­goś ale chy­baale chy­ba wiez jej pus­tychjej pus­tych oczupo por­ce­lano­wej cerze up­strzo­nejcerze up­strzo­nej bólemlecą łzy dop­ra­wionełzy dop­ra­wione tęsknotąwiesz kto to taki

Nikt kto nie doświad­czył ni­cości nie pot­ra­fi pojąć co ona nap­rawdę oz­nacza. Nie mam na myśli żad­nej ot­chłani czy pus­tki, ale pop­rostu nieobec­ność cze­gokol­wiek. Ni­cość przy­biera różne for­my ob­ja­wia się w for­mach i kształtach ,lecz one nie przesłaniają jej praw­dzi­wej na­tury, nie is­tnieje rza­den ruch, nie ma prag­nień ani smut­ku. Ni­cość nie bo­li. Ona pochłania. Bar­dzo powoli...Cze­mu tak się dzieję? Cze­mu mo­je ser­ce pus­tką wieję? Nic nie czuję, jak w odrętwieniu. Było tak dob­rze, a znów trwam w oziębieniu. Cze­mu nie mogło tak zostać? Cze­mu mo­ja psychi­ka nie może te­mu sprostać? Chy­ba jed­nak śmierć, moim przeznaczeniem. Smu­tek i pus­tka, moim na ser­cu kamieniem. Cze­mu nie zwy­ciężę z chorobą? Cze­mu nie pot­ra­fię być sobą? To mnie ata­kuje, jest dob­rze, a nag­le jest źle.. Cze­mu tak się dzieję? Kto to wie..nie mo­ge czekać bo wiesz, życie jest jak­by kruche troszkę jak ulu­biona por­ce­lana ma­my troszkę jak za­mek z pias­ku troszkę jak piek­na miłość więc wiesz nie mo­ge czekac spieszę sie na miłość do mo­jej ulu­bionej por­ce­lano­wo pias­ko­wiej miłości zwanej tytuł Po­goda. Sza­ra jak gryf w ołówku. Ta­ka smętna, me­lan­cho­lij­na. Zu­pełnie jak ka­wa w por­ce­lano­wej fi­liżan­ce. Stygnąca, bo ktoś o niej za­pom­niał. Czar­na ka­wa w białej fi­liżan­ce, pa­miętająca jeszcze cza­sy z pu­dełka. Po­goda.Nos­talgiczna jak pus­te krzesło nap­rze­ciw­ko Ciebie. Choć ta­kie spo­koj­ne-jed­nak sa­mot­ne. Po pros­tu pus­te. Krzesło zim­ne od bra­ku ciepła. A obok drzwi donikąd...Ciągle pi­sała o pus­tce. O tra­ceniu ko­goś. O sa­mot­ności. Była tak głupia, że nie zda­wała so­bie spra­wy jak to jest ko­goś ut­ra­cić nap­rawdę. Na zaw­sze. Nie mówiła o NIM, ani o n i m.O kimś, ko­mu nie zdążyła jeszcze wielu rzeczy po­wie­dzieć i bru­tal­nie jej uświado­miono, że już te­go nie zrobi.Nikt chy­ba nie może liczyć na to, że ja­ko oku­pant zys­ka so­bie po­pular­ność. A co da się osiągnąć? Niez­naczne korzyści ma­terial­ne prze­ciw­sta­wione niena­wiści całego na­rodu? Większość ener­gii i tak trze­ba poświęcić na trzy­manie ludzi w ry­zach. Naród jest jak moc­na, sprężys­ta trzci­na - można ją przy­giąć, ale nie złamać.