gdy nie miałem domu ona przyjęła mnie pod swój dach. objęła mnie i niczym ptak scho­wała w swoich skrzydłach. ot­worzyła prze­de mną świąty­nię swoich ud, og­rzała ciepłem swoich ra­mion i piersi. dała mi schro­nienie przed burzą i zos­tała moją ostoją, a jej od­dech przy uchu wniknął we mnie na zawsze. Już zna­lazłem dom, ona nim jest.


gdy-nie miałem-domu-ona-przyjęła-mnie-pod-swój-dach-objęła-mnie-i niczym-ptak-scho­wała-w swoich-skrzydłach-ot­worzyła-prze­de-mną
miły młody człowiekgdynie miałemdomuonaprzyjęłamniepodswójdachobjęłai niczymptakscho­waław swoichskrzydłachot­worzyłaprze­demnąświąty­nięswoichudog­rzałaciepłemra­mioni piersidałami schro­nienieprzedburzązos­tałamojąostojąjejod­dechprzyuchuwniknąłwe mnienazawszejużzna­lazłemdomnimjestgdy nie miałemnie miałem domudomu onaona przyjęłaprzyjęła mniemnie podpod swójswój dachobjęła mniemnie i niczymi niczym ptakptak scho­wałascho­wała w swoichw swoich skrzydłachot­worzyła prze­deprze­de mnąmną świąty­nięświąty­nię swoichswoich udog­rzała ciepłemciepłem swoichswoich ra­mionra­mion i piersidała mi schro­nieniemi schro­nienie przedprzed burząburzą ii zos­tałazos­tała mojąmoją ostojąjej od­dechod­dech przyprzy uchuuchu wniknąłwniknął we mniewe mnie nana zawszejuż zna­lazłemzna­lazłem domona nimnim jestgdy nie miałem domunie miałem domu onadomu ona przyjęłaona przyjęła mnieprzyjęła mnie podmnie pod swójpod swój dachobjęła mnie i niczymmnie i niczym ptaki niczym ptak scho­wałaptak scho­wała w swoichscho­wała w swoich skrzydłachot­worzyła prze­de mnąprze­de mną świąty­nięmną świąty­nię swoichświąty­nię swoich udog­rzała ciepłem swoichciepłem swoich ra­mionswoich ra­mion i piersidała mi schro­nienie przedmi schro­nienie przed burząprzed burzą iburzą i zos­tałai zos­tała mojązos­tała moją ostojąa jej od­dechjej od­dech przyod­dech przy uchuprzy uchu wniknąłuchu wniknął we mniewniknął we mnie nawe mnie na zawszejuż zna­lazłem domona nim jest

Utul mnie do snu. Twój od­dech tańczący na mo­jej skórze. Twój od­dech wib­rujący przy moim uchu. Twój od­dech owiewający mo­je us­ta, szyję. Twój od­dech mie­szający się z moim oddechem. Tyl­ko te­go pot­rze­buję, by zasnąć. Utul mnie.To ona, jest tu, wle­wa się we mnie niczym po­ran­na ka­wa z ekspresu, czuję ją w moim ciele, przeszy­wa mnie dreszcz gdy myślę że jest blis­ko serca, gdy dot­rze tam Ciebie już nie będzie, i tak się zacznie mo­ja samotność.Przy­pad­ki nie is­tnieją, wszys­tko dzieje się dla mnie i prze­ze mnie, a kiedy już przejdę moją drogę, u jej kre­su zro­zumiem włas­ne życie.Ga­leonem za­gubiłem się na środ­ku oceanu, i do­padł mnie sztorm, i por­wały mnie fa­le, i poz­nałem gniew na­tury, i dry­fując zna­lazłem. Zna­lazłem szczęście i spokój w os­tatniej des­ce ratunku.Spoj­rzałem w jej sza­re oczy, były zapłaka­ne. Całe czer­wo­ne, a po po­liczku spływały łzy. Chciałem je wyt­rzeć, ale objęła mnie i moc­no przy­tuliła. Tak jak­by chciała mnie przy­goto­wać na po­wie­dze­nie mi praw­dy, ale nic nie mogło mnie na to przygotować.Chciałam byś uk­rył mnie przed światem w swoich ra­mionach. Chciałam byś chro­nił mnie. Nie będę stać na deszczu. Zbu­duje so­bie szałas bez­pie­czny, ściany ciepłem i ciszą ok­leję, w ok­nach kwiaty pos­ta­wię. Ciebie do niego nie wpuszczę, żeby ściany zno­wu szro­nem się nie pok­ryły, a kwiaty żeby mróz nie ściął.