gdy ot­wieram nadzieję myśląc że przełknę noc­ne żałości dzień po­daje pustą szklankę i mam ochotę wy­biec z domu by łapać każdą łzę nieba w spie­rzchnięte smut­kiem usta sto­pami do­tykam już posadzki zadzierając głowę ku górze zraszam suchość bla­dego lica jed­nak uko­jenie jest chwilowe bo krop­le przes­tały się tłuc a chmu­ry za­milkły śnieżną bielą jas­ność nie ga­si mych prag­nień prażących duszę ciepłem roz­pa­lonym w ciem­ności żądz 


gdy-ot­wieram-nadzieję-myśląc-że-przełknę-noc­ne-żałoś-dzień-po­daje-pustą-szklankę-i-mam-ochotę-wy­biec-z domu-by-łapać-każdą
papużkagdyot­wieramnadziejęmyślącżeprzełknęnoc­neżałościdzieńpo­dajepustąszklankęmamochotęwy­biecz domubyłapaćkażdąłzęniebaspie­rzchniętesmut­kiemustasto­pamido­tykamjużposadzkizadzierającgłowęku górzezraszamsuchośćbla­degolicajed­nakuko­jeniejest chwilowebokrop­leprzes­tały siętłucchmu­ryza­milkłyśnieżnąbieląjas­nośćnie ga­simychprag­nieńprażącychduszęciepłemroz­pa­lonymw ciem­nościżądz gdy ot­wieramot­wieram nadziejęnadzieję myślącmyśląc żeże przełknęprzełknę noc­nenoc­ne żałościżałości dzieńdzień po­dajepo­daje pustąpustą szklankęszklankę ii mammam ochotęochotę wy­biecwy­biec z domuz domu byby łapaćłapać każdąkażdą łzęłzę niebanieba ww spie­rzchniętespie­rzchnięte smut­kiemsmut­kiem ustausta sto­pamisto­pami do­tykamdo­tykam jużjuż posadzkiposadzki zadzierajączadzierając głowęgłowę ku górzeku górze zraszamzraszam suchośćsuchość bla­degobla­dego licalica jed­nakjed­nak uko­jenieuko­jenie jest chwilowejest chwilowe bobo krop­lekrop­le przes­tały sięprzes­tały się tłucchmu­ry za­milkłyza­milkły śnieżnąśnieżną bieląbielą jas­nośćjas­ność nie ga­sinie ga­si mychmych prag­nieńprag­nień prażącychprażących duszęduszę ciepłemciepłem roz­pa­lonymroz­pa­lonym w ciem­nościw ciem­ności żądz gdy ot­wieram nadziejęot­wieram nadzieję myślącnadzieję myśląc żemyśląc że przełknęże przełknę noc­neprzełknę noc­ne żałościnoc­ne żałości dzieńżałości dzień po­dajedzień po­daje pustąpo­daje pustą szklankępustą szklankę iszklankę i mami mam ochotęmam ochotę wy­biecochotę wy­biec z domuwy­biec z domu byz domu by łapaćby łapać każdąłapać każdą łzękażdą łzę niebałzę nieba wnieba w spie­rzchniętew spie­rzchnięte smut­kiemspie­rzchnięte smut­kiem ustasmut­kiem usta sto­pamiusta sto­pami do­tykamsto­pami do­tykam jużdo­tykam już posadzkijuż posadzki zadzierającposadzki zadzierając głowęzadzierając głowę ku górzegłowę ku górze zraszamku górze zraszam suchośćzraszam suchość bla­degosuchość bla­dego licabla­dego lica jed­naklica jed­nak uko­jeniejed­nak uko­jenie jest chwiloweuko­jenie jest chwilowe bojest chwilowe bo krop­lebo krop­le przes­tały siękrop­le przes­tały się tłuctłuc a chmu­rya chmu­ry za­milkłychmu­ry za­milkły śnieżnąza­milkły śnieżną bieląśnieżną bielą jas­nośćbielą jas­ność nie ga­sijas­ność nie ga­si mychnie ga­si mych prag­nieńmych prag­nień prażącychprag­nień prażących duszęprażących duszę ciepłemduszę ciepłem roz­pa­lonymciepłem roz­pa­lonym w ciem­nościroz­pa­lonym w ciem­ności żądz 

Na świecie po­dob­no is­tnieją dwa rodza­je ludzi. Jed­ni, kiedy dos­tają szklankę dokład­nie w połowie na­pełnioną, mówią: Muszę jed­nak coś czuć pod sto­pami. Na skoczni mam nar­ty, w sa­molo­cie podłogę.Przy­jem­ność og­romną da­je mi pisanie Emoc­ji i uczuć w wer­sy zaklinanie Ubiera­nie w nadzieję sza­rej codzienności Wpla­tanie między wier­sze wiary i miłości Więc prag­nień ob­ra­zy przemycam I żądzy ok­ruchy zamiatam Marze­nia grzeszną roz­pustą maluję A świat tęsknotą uczuć buduję Roz­wiewam oba­wy, gram od­ważnie słowami Nie trzy­mam się za­sad pod­szy­tych lękami Dla­tego popłynęłam zgod­nie z nur­tem rzeki By dać się po­nieść marze­niom i przym­knąć powieki..... ..................................................................................... in­spi­rowa­ne pop­rzed­nim wierszem Każdy ko­lej­ny dzień Związa­ny z wiarą Każda noc Jed­nym wiel­kim czuwaniem Przechodząc z kąta w kąt Poz­na­jemy przes­trzeń między meblami Przepływając na dru­gi brzeg Spogląda­my w głębinę A życie tocząc się powoli Jed­nak szyb­ko nas doświadcza Gdy się rodzi­my jes­teśmy jak źdźbło Po wielu la­tach wy­ras­ta z nas dąb I każdy dąży do jednego By zjed­nać się z Bo­giem na wieczność Jes­teś jak gwiaz­da. Widzę Cię, błyszczysz jes­teś tak jas­ny, piękny jed­nak ta­ki da­leki. Wy­ciągam rękę mając nadzieję, że Cię dot­knę, złapię, zat­rzy­mam. tra­fiam na ni­cość. Jes­teś za da­leko.. Nocą sta­jesz się wy­raźny ta­ki real­ny, ale kiedy nas­ta­je dzień wszys­tko zni­ka.. Mówią, że da­lej świecisz.. Jed­nak ja nie widzę. Cze­kam na wieczór. Na czas, w którym Ty zaczy­nasz błyszczeć jeszcze jaśniej.