I nag­le uśmiech zniknął z je­go twarzy, coś prze­padło, bez­powrot­nie, nie po­zos­ta­wiając cienia nadziei...


i nag­-uśmiech-zniknął-z ­go-twarzy-coś-prze­padło-bez­powrot­nie-nie po­zos­­wiając-cienia-nadziei
klaryska98i nag­leuśmiechzniknąłz je­gotwarzycośprze­padłobez­powrot­nienie po­zos­ta­wiająccienianadzieii nag­le uśmiechuśmiech zniknąłzniknął z je­goz je­go twarzycoś prze­padłonie po­zos­ta­wiając cieniacienia nadzieii nag­le uśmiech zniknąłuśmiech zniknął z je­gozniknął z je­go twarzynie po­zos­ta­wiając cienia nadzieii nag­le uśmiech zniknął z je­gouśmiech zniknął z je­go twarzyi nag­le uśmiech zniknął z je­go twarzy

Szpi­tal­ne ko­rytarze nie sprzy­jają nadziei. Zwłaszcza kiedy czas płynie ra­zem z deszczem, prze­radza się w is­tną ulewę se­kund mi­jających bez­powrot­nie, wsiąkających w błot­nistą glebę oczekiwania.Kiedy śliz­gasz się po mnie wzrokiem po­wiet­rze nag­le sta­je się ciężkie spa­da na mnie ciem­nością Twoich myśli na bez­dechu w strzępach ko­ron­ko­wej smyczy spuszczo­nych demonów niez­wy­ciężonym głosem dot­knąłeś mo­jego jes­tes­twa .... zos­ta­wiając mnie z po­dar­ty­mi pończocha­mi.  A gdy­by nag­le wszys­cy ludzie stra­cili mowę...? Gdy­by wszys­tkie języ­ki zos­tały za­pom­niane? Gdy­by z ust ludzkich nie padło już nig­dy żad­ne słowo? Czy to uczy­niłoby nas mniej szczęśli­wych? A może właśnie wte­dy pot­ra­fili­byśmy się nap­rawdę zro­zumieć? Może do­piero wte­dy pot­ra­fili­byśmy doj­rzeć człowieka, nie wrzu­cając go do ko­lej­nej szuf­ladki pojęć, prze­konań i ste­reotypów. Może wte­dy by­libyśmy bliżej siebie... Może.myśliszmisiębezprzerwy prze­kar­tkuj mnie stro­na po stronie zos­ta­wiając miejsce ze wsty­du wypalone śliną z opuszek palców wczy­tuj się bez pamięci poz­naj czcionkę niech od­bi­je ci się druk na skórze łak­nij zdań, słów, liter słyszal­nych tyl­ko nocą Po drodze którą prze­byłeś zgu­biłeś siebie. Chciałbyś znów zo­baczyć na swej twarzy praw­dzi­wy uśmiech nie udając nikogo. Bartłomiej Van Kalisz Py­tamy: Jak duże jest praw­do­podo­bieństwo, by coś mogło pow­stać z nicze­go? Lub, oczy­wiście, od­wrot­nie: Jak duże są szan­se, by coś mogło is­tnieć od zaw­sze? I bez względu na wszys­tko: czy da się ob­liczyć, ja­kie były szan­se, aby ma­teria kos­miczna nag­le pew­ne­go dnia prze­budziła się świado­ma swe­go włas­ne­go istnienia?