I swoim krzy­kiem przez po­wiet­rze drążę drogę, Po której wszys­cy in­ni iść w mil­cze­niu mogą...


i swoim-krzy­kiem-przez-po­wiet­rze-drążę-drogę-po-której wszys­cy-in­-iść-w mil­cze­niu-mogą
jacek kaczmarskii swoimkrzy­kiemprzezpo­wiet­rzedrążędrogępoktórej wszys­cyin­niiśćw mil­cze­niumogąi swoim krzy­kiemkrzy­kiem przezprzez po­wiet­rzepo­wiet­rze drążędrążę drogępo której wszys­cyktórej wszys­cy in­niin­ni iśćiść w mil­cze­niuw mil­cze­niu mogąi swoim krzy­kiem przezkrzy­kiem przez po­wiet­rzeprzez po­wiet­rze drążępo­wiet­rze drążę drogępo której wszys­cy in­niktórej wszys­cy in­ni iśćin­ni iść w mil­cze­niuiść w mil­cze­niu mogąi swoim krzy­kiem przez po­wiet­rzekrzy­kiem przez po­wiet­rze drążęprzez po­wiet­rze drążę drogępo której wszys­cy in­ni iśćktórej wszys­cy in­ni iść w mil­cze­niuin­ni iść w mil­cze­niu mogąi swoim krzy­kiem przez po­wiet­rze drążękrzy­kiem przez po­wiet­rze drążę drogępo której wszys­cy in­ni iść w mil­cze­niuktórej wszys­cy in­ni iść w mil­cze­niu mogą

Tak pragnę wraz z tobą po­sie­dzieć w mil­cze­niu zo­baczyć og­nia płomień w ciepłym twym spoj­rze­niu Tak pragnę dziś słuchać odgłosów wie­czo­ra spocząć na ra­mieniu gdy na­dej­dzie po­ra I budzić się ran­kiem u twe­go znów bo­ku w pow­szed­ni dzień cały dot­rzy­mać Ci kroku. Przez bramę wie­czności, prze­nika słowo we wszys­tkich języ­kach, które można usłyszeć, nie ty­le co w mil­cze­niu, a w głębo­kiej kon­tem­plac­ji ...umilknę gdy o uczu­cia mnie zapytasz umilknę gdy słuchać będziesz chciał i  się zachwycać umilknę gdy wy­dam się so­bie zbyt śmiała umilknę bo jes­tem dla świata ta­ka mała Ty złap mnie gdy w mil­cze­niu będę spadać Ty ochroń gdy w mil­cze­niu będę się rozpadać Ty przyjdź tu gdy sa­mot­ne łzy w mil­cze­niu spłyną Ty bądź bo bez ciebie jes­tem tyl­ko zwykłą dziewczyną zre­dukuj mechanizmy uj­mij ut­ra­pienia w ry­zy uścis­kiem ser­ca og­rzej sęki i na­karm ciepłą myślą zwróć im autonomię by w mil­cze­niu od­frunęły w połać firmamentu musną la­zur skrzydłami w spoj­rze­niu He­liosa błysną znacząc kres bolączkom pi­kować będą spiralami by siąść na ko­narach spokoju pochwyć w mem­bra­ny de­likat­ny zew matki poczuj istnienie ona uczy­ni w duszy lekkość umysłem i ciałem przejdź w scalenie Dot­knij i daj się do­tykać... bo każdy ma swój skra­wek nieba...[Zor­ba] po­siadł wszys­tko, cze­go pot­rze­buje skry­ba, by się ura­tować: pry­mityw­ność spoj­rze­nia, łowiące­go błys­ka­wicznie gdzieś wy­soko swój po­karm: twórczą, od­na­wiającą się każde­go ran­ka naiw­ność, która nieus­tannie dos­trze­ga wszys­tko po raz pier­wszy, na­dając dziewiczość od­wie­cznym, codzien­nym żywiołom - po­wiet­rzu, morzu, og­niu, ko­biecie, chle­bowi, pew­ności ręki, rześkości ser­ca i od­wadze szydze­nia z włas­nej duszy.gdy lek­kość łez zmienia ciężar a niebo całe w chmurach nie straszne pod­muchy wiatru wszys­tko zda­je się klękać w mil­cze­niu krzycząc o pomstę której do­konać mu­si złoczyńca czy je­go ręka jest ta­ka cięta że ra­ny długo zdrowieją a bliz­ny nie przes­tają pamiętać zna­miona są przek­leństwem cieniem w teraźniejszości gdzie li zba­wienną absolucja