Kiedyś może skończy się ten hałas i ter­ror, ale two­ja miłość i two­je ser­ce zos­ta­nie.I te parę dni, które spędzi­liśmy ze sobą.To tak kiedy cza­sami bu­dują dom i przyj­dzie dziec­ko. I dot­knie wil­gotne­go be­tonu ręką.Po­tem w do­mu mie­szkają ludzie, rodzą się i umierają i przychodzą no­wi,ale ten mały ślad ręki zos­ta­je na zaw­sze.To chy­ba ja­koś tak...nie umiem pi­sać o miłości.


kiedyś-może-skończy ę-ten-hałas-i ter­ror-ale-two­ja-miłość-i two­-ser­-zos­­niei-te ę-dni-które-spędzi­liśmy-ze sobąto-tak
marek hłaskokiedyśmożeskończy siętenhałasi ter­roraletwo­jamiłośći two­jeser­cezos­ta­nieite parędniktórespędzi­liśmyze sobątotakkiedycza­samibu­dujądomi przyj­dziedziec­koi dot­kniewil­gotne­gobe­tonurękąpo­temw do­mumie­szkająludzierodzą sięi umierająi przychodząno­wialemałyśladrękizos­ta­jena zaw­szetochy­baja­kośtaknieumiempi­saćo miłościkiedyś możemoże skończy sięskończy się tenten hałashałas i ter­rorale two­jatwo­ja miłośćmiłość i two­jei two­je ser­cete parę dniktóre spędzi­liśmytak kiedykiedy cza­samicza­sami bu­dująbu­dują domdom i przyj­dziei przyj­dzie dziec­koi dot­knie wil­gotne­gowil­gotne­go be­tonuw do­mu mie­szkająmie­szkają ludzierodzą się i umierająi umierają i przychodząten małymały śladślad rękiręki zos­ta­jechy­ba ja­kośja­koś taknietaknie umiemumiem pi­saćpi­sać o miłościkiedyś może skończy sięmoże skończy się tenskończy się ten hałasten hałas i ter­rorale two­ja miłośćtwo­ja miłość i two­jemiłość i two­je ser­cetak kiedy cza­samikiedy cza­sami bu­dującza­sami bu­dują dombu­dują dom i przyj­dziedom i przyj­dzie dziec­koi dot­knie wil­gotne­go be­tonuw do­mu mie­szkają ludzierodzą się i umierają i przychodząten mały śladmały ślad rękiślad ręki zos­ta­jechy­ba ja­koś taknieja­koś taknie umiemtaknie umiem pi­saćumiem pi­sać o miłości

Cze­kam na miłość, która przyj­dzie znikąd i nag­le roz­grze­je mo­je zmarznięte ser­ce. Której nie będę ocze­kiwała, po pros­tu na nią wpadnę. Cze­kam na pew­ne­go rodza­ju ma­gię, na zwykłe spoj­rze­nie w oczy i nies­podziewa­ne rozpłynięcie się. Na coś, co mnie dot­knie i wy­budzi ze snu emoc­jo­nal­ne­go. Uczu­cie, które­go nig­dy nie zap­la­nuję, które zas­koczy mnie samą. Czy to oz­nacza, że już zaw­sze będę samotna?...Pe­wien in­diański chłopiec za­pytał kiedyś dziadka: - Co sądzisz o sy­tuac­ji na świecie? Dziadek odpowiedział: - Czuję się tak, jak­by w moim ser­cu toczyły walkę dwa wil­ki. Je­den jest pełen złości i niena­wiści. Dru­giego prze­pełnia miłość, prze­bacze­nie i pokój. - Który zwy­cięży? - chciał wie­dzieć chłopiec. - Ten, które­go kar­mię - od­rzekł na to dziadek.Mam ta­ki prob­lem, że nie umiem pi­sać gdy mie­szka we mnie szczęście To dob­rze i nie Bo lubię Ale gdy nie ma dob­re­go, słowa płyną same Cza­sem zaata­kują mnie w tram­wa­ju nu­mer 7 Cza­sem gdy myję talerz Cza­sami gdy ob­ra­cam się bez ce­lu na środ­ku pokoju Dlacze­go nie jest tak teraz Bo jes­tem bo­gat­sza o zadowolenie Bo te­rapia przy­niosła skutek Zab­rała smutek I natchnienie Ru­tyna życia codziennego. I ten fałsz za każdym progiem.. Nieunik­nione kłam­stwa i po­rażki. Dlacze­go każdy człowiek tak postępuje? Nie is­tnieją ludzie spra­wied­li­wi, uprzejmi? Gdzie oni są? Gdzie się ukryli? Może jut­ro brak­nie mi tchu, może stracę do­bytek i radość.. Choć dot­knęła mnie już sa­mot­ność, wciąż się jej boję.. Ciągle jes­tem sa­ma, zda­na na siebie. Może kiedyś od­naj­dzie mnie ten je­dyny, prawdziwy przyjaciel. 11.06.2011 * z de­dykacją dla fałszy­wej koleżanki..-Otaczają mnie w koło zna­jomi bar­dzo blis­cy... Ale od pew­ne­go cza­su zas­ta­nawiam się ilu przyj­dzie na mój pog­rzeb a ilu na nim zapłacze... Może zos­tanę sa­ma po śmier­ci, może mój grób jak niektórych zos­ta­nie Śmierć dziec­ka - nieważne w ja­kim wieku - jest czymś tak niena­tural­nym i niewłaści­wym, że po ta­kiej tra­gedii trud­no na no­wo od­szu­kać sens życia. Na­wet, gdy zaak­ceptu­je się ten fakt i osiągnie w ja­kimś stop­niu równo­wagę, ra­dość na zaw­sze po­zos­ta­je niedostępna, jak wspom­nienie wo­dy w wys­chniętej stud­ni, nieg­dyś pełnej po brze­gi, ale te­raz skry­wającej je­dynie głębo­ki, wil­gotny za­pach daw­nej obfitości...