Nie boję się pająków. Prze­cież nig­dy żaden nie zro­bił mi krzyw­dy. Nie boję się ciem­ności. Prze­cież zaw­sze po omac­ku od­najdy­wałam drogę. Nie boję się burzy. Prze­cież po niej zaw­sze przychodziło słońce. Dziś boję się miłości…Niekiedy ra­niącej bar­dziej niż pająki, ciem­ność i słońce.


nie-boję ę-pająków-prze­cież nig­dy-żaden-nie zro­bił-mi krzyw­dy-nie boję ę-ciem­noś-prze­cież zaw­sze-po omac­ku
agusia96nieboję siępająkówprze­cież nig­dyżadennie zro­biłmi krzyw­dynie boję sięciem­nościprze­cież zaw­szepo omac­kuod­najdy­wałamdrogęburzyprze­cież po niejzaw­szeprzychodziłosłońcedziś boję sięmiłości…niekiedyra­niącejbar­dziejniżpająkiciem­nośći słońcenie boję sięboję się pająkówprze­cież nig­dy żadenżaden nie zro­biłnie zro­bił mi krzyw­dynie boję się ciem­nościprze­cież zaw­sze po omac­kupo omac­ku od­najdy­wałamod­najdy­wałam drogęnie boję się burzyprze­cież po niej zaw­szezaw­sze przychodziłoprzychodziło słońcedziś boję się miłości…niekiedymiłości…niekiedy ra­niącejra­niącej bar­dziejbar­dziej niżniż pająkiciem­ność i słońcenie boję się pająkówprze­cież nig­dy żaden nie zro­biłżaden nie zro­bił mi krzyw­dyprze­cież zaw­sze po omac­ku od­najdy­wałampo omac­ku od­najdy­wałam drogęprze­cież po niej zaw­sze przychodziłozaw­sze przychodziło słońcedziś boję się miłości…niekiedy ra­niącejmiłości…niekiedy ra­niącej bar­dziejra­niącej bar­dziej niżbar­dziej niż pająki

Cze­go się boję? Boję się stra­cić ludzi, których kocham. Boję się, że ko­lej­ny raz mi się to przy­darzy. Boję się sa­mot­ności. Boję się kiedyś obudzić i zdać so­bie sprawę z te­go, że ni­kogo już przy mnie nie ma. Boję się jutra. Boję się dru­giego człowieka. Boję się świata.Każde­go ran­ka budzę się z prze­kona­niem, że dzi­siaj w końcu od­ważę się mu to po­wie­dzieć. Jed­nak z każdą ko­lejną mi­nutą, przyb­liżającą mnie do spot­ka­nia z nim, uświada­miam so­bie, że nie dam ra­dy te­go zro­bić, nie te­raz, nie dziś. Nie wiem cze­go tak bar­dzo się boję, prze­cież, ja go wca­le nie kocham...Boję się pająków, boję się miłości i obojętności, boję się śmier­ci i życia.. boję się. Ten strach sta­je się de­finicją mo­jego życia. Mo­ja pa­nika spra­wia, że umarłam cho­ciaż na­dal żyję KO­NIEC, czas rozłożyć skrzydła i wznieść się po­nad strach, czas zacząć żyć z odwagą. Naj­lep­szym le­kar­stwem oka­zuje się wiad­ro przy­jaźni, łyżeczka wspar­cia i szczyp­ta wiary. Po raz ko­lej­ny dziękując Ci za to że jes­teś ! Zaw­sze mnie py­tają, czy nie boję się, że pew­ne­go dnia stwier­dzę, że nie mam już żad­ne­go po­mysłu na film. To mi nie gro­zi. Boję się cze­goś zu­pełnie in­ne­go – że umrę za­nim zdążę sfil­mo­wać wszys­tkie mo­je pomysły.Cza­sem boję się Twoich niebies­kich oczu... Cza­sem boję się, że są prze­pełnione miłością nie do mnie...Czy nig­dy nie zas­ta­nawiał się pan nad tym, dlacze­go chmu­ry i drze­wa, złotog­niade je­sienią, bu­re zimą, ten pejzaż dek­li­nowa­ny przez po­ry ro­ku, dlacze­go wszys­tko wa­li w nas pięknem jak młotem, ja­kim pra­wem tak się dzieje? Prze­cież po­win­niśmy być czar­nym prochem międzyg­wiez­dnym, strzępa­mi mgławi­cy Psów Gończych, prze­cież normą jest hucze­nie gwiazd, po­top me­teorów, próżnia, ciem­ność, śmierć...