Nocą oddechem modlę się do ramion, niech nie wy­puszczają z objęć... Jes­tem bezpieczna... Nad ranem modlę się po­całun­ka­mi do ciepłych dłoni by na skórze zbłądziły już na zawsze... Czuję zna­jomy dotyk... Obecność, choć go nie ma wspo­minam o poranku... Już Cię brak znowu wyszedłeś przed świtem bez Dobranoc...


nocą-oddechem-modlę ę-do ramion-niech-nie wy­puszczają-z objęć-jes­tem-bezpieczna-nad-ranem-modlę ę-po­całun­ka­mi-do
uśmiechnięta anielicanocąoddechemmodlę siędo ramionniechnie wy­puszczająz objęćjes­tembezpiecznanadranempo­całun­ka­midociepłychdłonibyna skórzezbłądziłyjużna zawszeczujęzna­jomydotykobecnośćchoćgo nie mawspo­minamo porankujużciębrakznowuwyszedłeśprzedświtembezdobranocnocą oddechemoddechem modlę sięmodlę się do ramionniech nie wy­puszczająnie wy­puszczają z objęćz objęć jes­temjes­tem bezpiecznabezpieczna nadnad ranemranem modlę sięmodlę się po­całun­ka­mipo­całun­ka­mi dodo ciepłychciepłych dłonidłoni byby na skórzena skórze zbłądziłyzbłądziły jużjuż na zawszena zawsze czujęczuję zna­jomyzna­jomy dotykdotyk obecnośćchoć go nie mago nie ma wspo­minamwspo­minam o porankuo poranku jużjuż cięcię brakbrak znowuznowu wyszedłeśwyszedłeś przedprzed świtemświtem bezbez dobranocnocą oddechem modlę sięoddechem modlę się do ramionniech nie wy­puszczają z objęćnie wy­puszczają z objęć jes­temz objęć jes­tem bezpiecznajes­tem bezpieczna nadbezpieczna nad ranemnad ranem modlę sięranem modlę się po­całun­ka­mimodlę się po­całun­ka­mi dopo­całun­ka­mi do ciepłychdo ciepłych dłoniciepłych dłoni bydłoni by na skórzeby na skórze zbłądziłyna skórze zbłądziły jużzbłądziły już na zawszejuż na zawsze czujęna zawsze czuję zna­jomyczuję zna­jomy dotykzna­jomy dotyk obecnośćchoć go nie ma wspo­minamgo nie ma wspo­minam o porankuwspo­minam o poranku jużo poranku już cięjuż cię brakcię brak znowubrak znowu wyszedłeśznowu wyszedłeś przedwyszedłeś przed świtemprzed świtem bezświtem bez dobranoc

Od­liczam sekundy Nim na Twym ciele Spocznie je­go dotyk Pok­ry­je Cię trąd Które­go po raz kolejny Nie uleczy już mo­ja miłość Dłonie, które niosły Aniel­ską błogość Parzą jak ogień Jak­bym czuł Je­go dotyk A jes­tem he­tero A na Twej skórze Zos­tał ślad perfum Tej z dzien­nej zmiany Tra­cisz szacunek Do siebie samej Nie jes­teś już sobą Trójkąty, czworokąty Wpi­sane w koło uczuć A ja jes­tem półprostą Bez figury Która bieg­nie dalej Szu­kałem kropki By zbu­dować Wspólny odcinek  Czuję do­tyk Twych dłoni na mej skórze Drżę De­likat­ne muśnięcia palców De­likat­ne pocałunki Słyszę Twój od­dech przy mym uchu Zaczy­nam mruczeć jak kotka I..po­woli nadchodzi -Szyb­sze bi­cie serca -Ury­wany oddech Twe dłonie są co­raz odważniejsze Po­całun­ki bar­dziej namiętne Le­gato przechodzi w vivo Jes­tem blis­ka poczu­cia spadania W końcu jest..to już Mo­je niebo..nasze niebo Ekstaza Cu­dow­ne poczu­cie by­cia jednością Ko­niec gry.. Nie! To początek gry Kocham Cię Mi­mo, że nie jes­teście już ra­zem - mówisz o nim bez przer­wy, śni ci się po no­cach, nie możesz przes­tać o nim myśleć, wspo­minasz spędzo­ne ra­zem dni. I upar­cie twier­dzisz, że go już nie kochasz. Uwierz! To jest miłość, nie zap­rzeczaj temu! Już puszczają mnie złe pędy trwo­gi i poczu­cia winy. Niech w niepa­mięć pójdą rzeczy, których już nie naprawimy. Wy­baczyłam sa­mej sobie to cze­go nig­dy już nie zrobię. Czas pot­ra­fi leczyć rany i cho­robę zmienić w zdrowie. Już zwal­niają się łańcuchy z me­go ser­ca przyk­rej skruchy, bo to czas do­biega końca mej ok­rutnej czczej pokuty. To co było już minęło i nicze­go nie żałuję. Te­raz się układa w całość, co po­zor­nie nie pasuje.Modlę się o miłość prawdziwą, co się nie zmieni, taką co przyjdzie od razu bez nadziei.i wy­rywasz mi serce ja myślę - z miłości i zja­dasz je wielce ja myślę - niech boli i mówisz nie kocham ja pat­rze- odchodzisz i wiem już nie przyjdziesz ja czuję - jak boli. i uciekłaś na zawsze ja umieram - powoli i ja już nie myślę, nie pat­rzę, nie czuję ja umieram- na zawsze.