pod po­wieka­mi wpat­ruję się w cienie zrodzo­ne w jas­nych war­koczach zachłan­nie wykarmione światłem moim splo­tem słonecznym bez załamania roz­bi­cia lus­trza­ne blas­ki i cienie noszę w so­bie roz­prosze­nie tuż pod skle­pieniem z żeber 


pod-po­wieka­mi-wpat­ruję ę-w-cienie-zrodzo­ne-w jas­nych-war­koczach-zachłan­nie-wykarmione-światłem-moim-splo­tem-słonecznym-bez
bisepodpo­wieka­miwpat­ruję sięcieniezrodzo­new jas­nychwar­koczachzachłan­niewykarmioneświatłemmoimsplo­temsłonecznymbezzałamaniaroz­bi­cialus­trza­neblas­kii cienienoszęw so­bieroz­prosze­nietużskle­pieniemz żeber pod po­wieka­mipo­wieka­mi wpat­ruję sięwpat­ruję się ww cieniecienie zrodzo­nezrodzo­ne w jas­nychw jas­nych war­koczachwar­koczach zachłan­niezachłan­nie wykarmionewykarmione światłemświatłem moimmoim splo­temsplo­tem słonecznymsłonecznym bezbez załamaniazałamania roz­bi­ciaroz­bi­cia lus­trza­nelus­trza­ne blas­kiblas­ki i cieniei cienie noszęnoszę w so­biew so­bie roz­prosze­nieroz­prosze­nie tużtuż podpod skle­pieniemskle­pieniem z żeber pod po­wieka­mi wpat­ruję siępo­wieka­mi wpat­ruję się wwpat­ruję się w cieniew cienie zrodzo­necienie zrodzo­ne w jas­nychzrodzo­ne w jas­nych war­koczachw jas­nych war­koczach zachłan­niewar­koczach zachłan­nie wykarmionezachłan­nie wykarmione światłemwykarmione światłem moimświatłem moim splo­temmoim splo­tem słonecznymsplo­tem słonecznym bezsłonecznym bez załamaniabez załamania roz­bi­ciazałamania roz­bi­cia lus­trza­neroz­bi­cia lus­trza­ne blas­kilus­trza­ne blas­ki i cienieblas­ki i cienie noszęi cienie noszę w so­bienoszę w so­bie roz­prosze­niew so­bie roz­prosze­nie tużroz­prosze­nie tuż podtuż pod skle­pieniempod skle­pieniem z żeber 

Piękny jest mężczyz­na, dojrzały si­wizną wzruszeń wnikam Je­go łyd­ki - mo­ja lepkość skle­pieniem brzucha łagod­ne­go do­cieram dłonie bez­radnie dob­re głaszczą mnie opuszkami roz­luźniam barczystość sprag­niony źródła zat­ra­ca się w buj­nej bolesności cier­pię miłos­ne męki nabrzmiałością tor­tu­ruje mnie przedłużaniem roz­koszy w nieskończoność umieram wielok­rotnie, czuła... Tobie wi­no zbyt cierpkie mie­szan­ka goryczy źle zdmuchnięta świeczka roz­proszo­ne pragnienie roz­puszcza emoc­je spoj­rze­nie nie kłamie po­za ogniskową spla­ta drżące palce roz­kosz ciał nieskłóco­ne cienie miłos­ne­go aktu Lubię... gdy mnie zat­rzy­mujesz na skra­ju ekstazy tuż przed wiel­kim wy­buchem - ko­cią go­towość mięśni lu­bię roz­szerze­nie naszych źrenic za­nim spad­niemy w ciemność lu­bię ożyw­czą moc wypełnienia bez oszczędności sy­ta Ciebie lu­bię tę naszą in­tymność zwarcia gdy od­da­jemy się so­bie w pełni i jeszcze lu­bię swo­je ciało bez­wstyd­nie zstępujące w rozkosz... ma­jowa ko­bieta swe­mu mężczyźnie pod zwiewną brzozą wi­dać cienie miłości pro­mien­ność serca...Wy­dawałoby się Że śmierć jest już blisko Wiatr roz­wiewa po­la zbóż Kru­ki la­tają bar­dzo nisko Droga Która nig­dy się nie kończy Jest po­nuro i strasznie Gwiazd nie wi­dać już dawno Księżyc chy­ba za­raz zgaśnie Na­deszły Smutek Ciemność I przygnębienie Obok skra­dają się ciem­ne cienie Które za­kończą ten wiersz Na zawsze... Wier­sz na­pisa­ny w VI kla­sie pod­stawówki, ale mam do niego duży sentyment..Uwiel­biam ten frag­ment codzienności Kiedy jes­teśmy ze sobą Kiedy jes­tem pod tobą A jes­tem w tobie Za ok­nem na­miętna burza A my jes­teśmy jej piorunami Wyłado­waniami rozkoszy Głośny­mi hu­kami gromów Po­tem ma­luje­my sobą Na bez­chmur­nej kochającej nocy Tęczę wielo­bar­wnej bezsenności Aż po świt o jas­nym niebie Z które­go my chce czy nie Krze­samy ponowność Chleb codzienny Roz­koszy gromy