Siedzę na ław­ce. Upośledzo­na dziew­czyn­ka na huśtaw­ce kołysze się gra­witacją. To jej krótka chwi­la ra­dości, w zam­kniętym umyśle sa­mot­ności, bra­ku przej­rzys­tości. W mych chwi­lach słabości zaz­droszczę jej nieświadomości.


siedzę-na ław­-upośledzo­na dziew­czyn­ka-na huśtaw­-kołysze ę-gra­witacją-to jej-krótka-chwi­-ra­doś-w zam­kniętym-umyś
wolnomyślicielsiedzęna ław­ceupośledzo­na dziew­czyn­kana huśtaw­cekołysze sięgra­witacjąto jejkrótkachwi­lara­dościw zam­kniętymumyślesa­mot­nościbra­kuprzej­rzys­tościw mychchwi­lachsłabościzaz­droszczęjejnieświadomościsiedzę na ław­ceupośledzo­na dziew­czyn­ka na huśtaw­cena huśtaw­ce kołysze siękołysze się gra­witacjąto jej krótkakrótka chwi­lachwi­la ra­dościw zam­kniętym umyśleumyśle sa­mot­nościbra­ku przej­rzys­tościw mych chwi­lachchwi­lach słabościsłabości zaz­droszczęzaz­droszczę jejjej nieświadomościupośledzo­na dziew­czyn­ka na huśtaw­ce kołysze sięna huśtaw­ce kołysze się gra­witacjąto jej krótka chwi­lakrótka chwi­la ra­dościw zam­kniętym umyśle sa­mot­nościw mych chwi­lach słabościchwi­lach słabości zaz­droszczęsłabości zaz­droszczę jejzaz­droszczę jej nieświadomości

Mówi się często, że sta­rość to ut­ra­ta god­ności, zaś śmierć to jej odzys­ka­nie - być może, lecz pod wa­run­kiem, że ktoś przej­dzie obok w mo­men­cie śmier­ci i ułoży ciało w po­zyc­ji god­nej; śmierć bo­wiem ma to do siebie, że lu­bi uderzać w chwi­lach, kiedy się jej naj­mniej oczekuje.Tak bar­dzo boję się sa­mot­ności, że w pew­nych chwi­lach sa­ma o nią zabiegam.Wciąż siedzę w tej pa­miętnej koszu­li, gdzie aro­mat sa­mot­ności tkwi w mo­jej głowie. Pit­bu­li krew na mych dłoniach... Cóż mam począć bez Ciebie, mój drogi? Łysy kot spa­ceru­je po­między zwłokami, kiedy me łzy leją się litrami. Zdej­mij ze mnie milczenie, które tak bar­dzo mnie rani.Sios­tra spy­tała mnie kiedyś, dlacze­go tak szczegółowo pro­wadzę dzien­nik. Mo­ja od­po­wiedź dla małej była niejas­na: Po­nieważ chwi­le są ulot­ne. Dziew­czyn­ka po chwi­li na­mysłu od­po­wie­działa: Życie wy­latu­je nam między pal­ca­mi, a my nie ma­my od­wa­gi by je złapać.ot­wieram własną pierś by w pełni chłonąć łyk po łyku praw­dzi­wego piękna natury wzro­kiem dotykam tu i ówdzie po­rywam ra­dość serc i in­nych obdarowuję uśmiech za uśmiech biorę to co od ludzi dane i siebie ofiarowuję bezinteresownie w chwi­lach słabości milknę z wyt­wo­rem wyobraźni w źrenicach a ono składa na mych us­tach nieopi­sane kwiecie o sma­ku życia in­spir. Vi­ribus Unitis To nie ta­kie pros­te cho­wać Ten cały zamęt w środ­ku. Siedzę zam­knieta w swo­jej głowie pa­miętając wszys­tko to co po­wie­dzialeś ta cisza to to, co mnie za­bija w chwi­li gdy pot­rze­buje tak bar­dzo Twe­go głosu... roz­pa­dam się, ale mam py­tanie Czy to zbrod­nia, czy ja prze­sadzam? Czy jes­tem skałą, różą, pięścią? Czy od­dechem na końcu pocałunku?