Sma­kowi­ty Spór Ka­wał czar­nej czekolady Wiódł swa­dy bez ogłady Z białym se­rem brie, Że ca­pem śmierdzi, Moszcząc się w ser­cu rolady.


sma­kowi­ty-spór-ka­wał-czar­nej-czekolady-wiódł-swa­dy-bez-ogłady-z-białym-se­rem-brie-Że-ca­pem-śmierdzi-moszcząc ę-w ser­cu
awatarsma­kowi­tyspórka­wałczar­nejczekoladywiódłswa­dybezogładybiałymse­rembrieeca­pemśmierdzimoszcząc sięw ser­curoladysma­kowi­ty spórspór ka­wałka­wał czar­nejczar­nej czekoladyczekolady wiódłwiódł swa­dyswa­dy bezbez ogładyogłady zz białymbiałym se­remse­rem brieŻe ca­pemca­pem śmierdzimoszcząc się w ser­cuw ser­cu roladysma­kowi­ty spór ka­wałspór ka­wał czar­nejka­wał czar­nej czekoladyczar­nej czekolady wiódłczekolady wiódł swa­dywiódł swa­dy bezswa­dy bez ogładybez ogłady zogłady z białymz białym se­rembiałym se­rem brieŻe ca­pem śmierdzimoszcząc się w ser­cu roladysma­kowi­ty spór ka­wał czar­nejspór ka­wał czar­nej czekoladyka­wał czar­nej czekolady wiódłczar­nej czekolady wiódł swa­dyczekolady wiódł swa­dy bezwiódł swa­dy bez ogładyswa­dy bez ogłady zbez ogłady z białymogłady z białym se­remz białym se­rem briesma­kowi­ty spór ka­wał czar­nej czekoladyspór ka­wał czar­nej czekolady wiódłka­wał czar­nej czekolady wiódł swa­dyczar­nej czekolady wiódł swa­dy bezczekolady wiódł swa­dy bez ogładywiódł swa­dy bez ogłady zswa­dy bez ogłady z białymbez ogłady z białym se­remogłady z białym se­rem brie

i na­wet nie wiem kiedy ktoś do mej czar­nej ka­wy - do­lał -  czekolady.I po­jawił się hu­ragan...Zer­wał mo­je Ser­ce w po­wiet­rze i por­wał da­leko. Nag­le...Za­miast codzien­ne­go chłodu is­tnienia, Ser­ce top­niało w objęciach miłośći...Każdy człowiek – człowiekiem. Nie – białym, czar­nym, śniadym czy czerwonym.Bez inteligencji nie ma ogłady.Ta­ki mu­siał być koniec. Roz­dwo­jonych jaźni niez­liczo­ne pole. Łez wy­lanych litrów bez war­tości wspomnień. Smutków więcej niż ra­dości co statków to­ny prze­woziło miliony. W ko­lorach czar­nej perły praw­dzi­we piękno się chowa. Poszu­kując blas­ku is­to­ty, wyszu­kuje się włas­nej ślepoty. Przesączo­na włas­nym lękiem wy­pełnia dno pełne nieszczęść. Tęskni za pro­giem błogiego sta­nu, który już daw­no prze­minął bez śladu.Niebo zgasło w ak­sa­mit­nej sza­cie two­jego ciała. Skóra twa de­likat­na w półmro­ku promieniała. Do­tyk mój był sprawcą grzechu. Nie obeszło się to echu. Sma­gałeś mo­je war­gi z pieszczotą. Ro­biłeś to z tak wielką ochotą. Gdzie dziś jes­teś? Czy w ogóle istniejesz? Może byłeś je­dynie wyt­wo­rem mo­jej wyobraźni.