Wpat­rując się w sza­roniebies­kie niebo zu­pełnie stra­cił poczu­cie cza­su. Za ok­nem wi­rowały liście, pier­wsze liście nad­chodzącej je­sieni. Sa­mot­nej je­sieni. Czuł, że mu­si przejść jeszcze raz całą drogę, od upoj­nej chwi­li ek­scy­tac­ji jej dłońmi, założeniem na pa­lec obrączki, aż po uświado­mienie so­bie, że nie spełnia jej oczekiwań... Zer­wał się z ka­napy i ner­wo­wym kro­kiem pod­szedł do sza­fy, ot­worzył ją i zat­rzy­mał na czymś wzrok... Ona wciąż tu jest...


wpat­rując ę-w sza­roniebies­kie-niebo-zu­pełnie-stra­ł-poczu­cie-cza­su-za ok­nem-wi­rowały-liście-pier­wsze-liście
laser showwpat­rując sięw sza­roniebies­kieniebozu­pełniestra­ciłpoczu­ciecza­suza ok­nemwi­rowałyliściepier­wszeliścienad­chodzącejje­sienisa­mot­nej je­sieniczuł że mu­siprzejśćjeszczerazcałądrogęod upoj­nejchwi­liek­scy­tac­jijejdłońmizałożeniemna pa­lecobrączkiaż po uświado­mienieso­bieże nie spełniaoczekiwańzer­wał sięz ka­napyi ner­wo­wymkro­kiempod­szedłdo sza­fyot­worzyłją i zat­rzy­małna czymśwzrokonawciążtu jestwpat­rując się w sza­roniebies­kiew sza­roniebies­kie nieboniebo zu­pełniezu­pełnie stra­ciłstra­cił poczu­ciepoczu­cie cza­suza ok­nem wi­rowaływi­rowały liściepier­wsze liścieliście nad­chodzącejnad­chodzącej je­sieniprzejść jeszczejeszcze razraz całącałą drogęod upoj­nej chwi­lichwi­li ek­scy­tac­jiek­scy­tac­ji jejjej dłońmizałożeniem na pa­lecna pa­lec obrączkiaż po uświado­mienie so­bieże nie spełnia jejjej oczekiwańoczekiwań zer­wał sięzer­wał się z ka­napyz ka­napy i ner­wo­wymi ner­wo­wym kro­kiemkro­kiem pod­szedłpod­szedł do sza­fyot­worzył ją i zat­rzy­małją i zat­rzy­mał na czymśna czymś wzrokwzrok onaona wciążwciąż tu jestwpat­rując się w sza­roniebies­kie niebow sza­roniebies­kie niebo zu­pełnieniebo zu­pełnie stra­ciłzu­pełnie stra­cił poczu­ciestra­cił poczu­cie cza­suza ok­nem wi­rowały liściepier­wsze liście nad­chodzącejliście nad­chodzącej je­sieniprzejść jeszcze razjeszcze raz całąraz całą drogęod upoj­nej chwi­li ek­scy­tac­jichwi­li ek­scy­tac­ji jejek­scy­tac­ji jej dłońmizałożeniem na pa­lec obrączkiże nie spełnia jej oczekiwańjej oczekiwań zer­wał sięoczekiwań zer­wał się z ka­napyzer­wał się z ka­napy i ner­wo­wymz ka­napy i ner­wo­wym kro­kiemi ner­wo­wym kro­kiem pod­szedłkro­kiem pod­szedł do sza­fyot­worzył ją i zat­rzy­mał na czymśją i zat­rzy­mał na czymś wzrokna czymś wzrok onawzrok ona wciążona wciąż tu jest

..a gdy sie zat­rzy­mał, skiero­wał na mnie swój pełen pur­pu­rowe­go cier­pienia wzrok a z je­go diabel­skiego gar­dziela wy­dos­tał się ból, który łamał ludzkie ser­ca, po chwi­li na mo­jej szy­ji za­cis­neły się de­moniczne dłonie, które wpro­wadziły mnie do je­go świata. To co tam zo­baczyłem zmieniło mnie na zawsze..po­cie­szyć cie spieszę w te zam­glo­ne dni gdy na jaw cała praw­da wyj­dzie ci  uśmie­chem swym sa­mo słon­ce zaw­stydzisz w pochmur­nej oświacie uk­ry­je swój wstyd cze­kając na pier­wsze pro­mienie ciszy wie­czor­nej we mgłach spo­wijających dzień odej­dzie by ra­no powrócić w swym tańcu wie­czności trwając Cza­sami pod­chodził do siedzących do­mow­ników i, po chwi­li wa­hania, wska­kiwał im na ko­lana, sta­wał z roz­cza­pie­rzo­nymi pa­zura­mi i wpat­ry­wał się głębo­ko w oczy bez mrug­nięcia. Po­tem przek­rzy­wiał głowę, nie od­wra­cając wzro­ku, i miau­czał, tyl­ko raz, i od ra­zu wiado­mo było, że Wil­liam prze­kazy­wał właśnie coś ważne­go i mądre­go, coś, cze­go człowiek nig­dy nie zrozumie.Miał na­dejść i nad­szedł ten dzień ok­rutnie szyb­ko chwy­cił za stery. Przekręcił poskłada­ne kości, nie zadziałało znieczulenie. Co miało być środ­kiem, roz­brzmiało mi­liad­rem is­krzących się og­nistych atomów wprost w  ra­miona bez­kres­nej nocy. Otacza mnie be­tono­wy bul­war w be­tono­wym tłumie pod niebies­kim sklepieniem ow­do­wieć tak łatwo. Morze wy­lało połacie żałości sfrus­tro­wanej w his­te­ri tonie... Morze ob­myło wszel­kie złudzenie. Ucichło....Sza­leństwo opętało jej dob­re ser­ce... Brud psycho­zy ok­rył jej po­wieki .... Ona wciąż się uśmie­cha, wciąż uda­je bo wy i tak nie zro­zumiecie ....Mówi się często, że sta­rość to ut­ra­ta god­ności, zaś śmierć to jej odzys­ka­nie - być może, lecz pod wa­run­kiem, że ktoś przej­dzie obok w mo­men­cie śmier­ci i ułoży ciało w po­zyc­ji god­nej; śmierć bo­wiem ma to do siebie, że lu­bi uderzać w chwi­lach, kiedy się jej naj­mniej oczekuje.