Za­nim zmęczo­na sto­pa ziemi dotknie, kur­ty­na głuchym trzas­kiem spad­nie. To chy­ba ko­niec przedstawienia. Za­nim ser­ce zdąży za­bić mocniej, uśmiech z ust się zsu­nie ładnie, ginąc w prze­paści zagubienia.


za­nim-zmęczo­na-sto­pa-ziemi-dotknie-kur­ty­na-głuchym-trzas­kiem-spad­nie-to-chy­ba-ko­niec-przedstawienia-za­nim-ser­-zdąży
alfa centauriza­nimzmęczo­nasto­paziemidotkniekur­ty­nagłuchymtrzas­kiemspad­nietochy­bako­niecprzedstawieniaser­cezdążyza­bićmocniejuśmiechz ust sięzsu­nieładnieginącw prze­paścizagubieniaza­nim zmęczo­nazmęczo­na sto­pasto­pa ziemiziemi dotkniekur­ty­na głuchymgłuchym trzas­kiemtrzas­kiem spad­niechy­ba ko­niecko­niec przedstawieniaza­nim ser­ceser­ce zdążyzdąży za­bićza­bić mocniejuśmiech z ust sięz ust się zsu­niezsu­nie ładnieginąc w prze­paściw prze­paści zagubieniaza­nim zmęczo­na sto­pazmęczo­na sto­pa ziemisto­pa ziemi dotkniekur­ty­na głuchym trzas­kiemgłuchym trzas­kiem spad­niechy­ba ko­niec przedstawieniaza­nim ser­ce zdążyser­ce zdąży za­bićzdąży za­bić mocniejuśmiech z ust się zsu­niez ust się zsu­nie ładnieginąc w prze­paści zagubienia

Po­za jasną stroną bywam gdy miłości mi ubywa. Rozpacz ta ogar­nia mo­je serce i zos­ta­wia mnie w udręce. Radość uśmiech go­ni za uśmiechem nim się zdąży od­bić echem w smutku. Każdy dzień w nim jest skąpany nim pok­ra­piam swo­je rany. Lęki cień rzu­cają na pla­ny moje nim zdążę za­wal­czyć o swoje. A Nadzieja po raz os­tatni jest tą ostatnią i czy­ni mnie w działaniu stratną.Kłam­stwo może i ma krótkie no­gi, ale długie ręce. Dla­tego cho­ciaż da­leko z nim nie zaj­dziesz, zdąży sięgnąć tam, gdzie te­go chcesz. Z cyk­lu po­wieści stworzo­no mnie na po­dobieństwo ognia choć ze zlo­dowa­ciałymi dłońmi bliżej mi do mar­twych kamieni nieruchomych niż do roz­chy­lonych ust sprag­nione og­niem płaczą na za­wiłościach pościeli na des­ce twardej na na­gich ra­mionach których nie zdążyłaś okryć szepcą żebyś była trwała bez zni­kania na chwilę czy na zawsze za­nim po­piół przykryje two­je gład­kie włosy a us­ta tak jak były zostaną za­nim deszcz spadnie i nas ukoi pozwól mi pić z twoich dłoni i tyl­ko płomienia te­go nie strąć nie zgaś zawład­nij nim i mną w ob­liczu trud­ności przy­gasa wyobraźnia kur­czy się jej piękna postać a roz­wle­ka ta co ma wiel­kie oczy jak dziury w swet­rze leciwym na głowie koszmar i w niej hor­ro­ry ob­gry­zają paznokcie co­raz częściej połyka codzienność zwra­cając niczym odpadki te zat­roska­ne twarze i smut­kiem wy­pełnione serca i jak tu ima­ginac­ji nie obrazić prze­cież nie da się wyżyć z marzeń Znów mrok po­koju ro­man­su­je z blas­kiem świec... W po­wiet­rzu czuć odurzającą woń wiśni. Chodź do mnie, to nasza chwila. Widzę Two­je spojrzenie... Widzę pragnienie. Daj się ponieść. Zsu­wasz z moich ra­mion jed­wabną sukienkę... Prze­suwasz palcem Po moich ustach... Szyi... Po odzianych półmro­kiem ramionach... Niżej... Nasze us­ta roz­poczy­nają zmysłowy taniec... Od­daj mi wodze kochanie, a zaz­nasz ra­ju na ziemi...Cze­mu go jeszcze się nie pod­dała? Hmm...Za dużo jej dał, żeby mogła przes­tać. Zbyt wiele ją nau­czył. Za moc­no pot­ra­fiła trwać przy nim, kur­czo­wo trzy­mać się je­go koszu­li by nie poz­wo­lić mu odejść. Jej ser­ce zdążyło już przyz­wyczaić się do prze­nik­li­wego bólu, gdy każde je­go słowo ra­niło jak cios szty­letem...Za bar­dzo go kochała..